A gdyby tak zostać poliglotą? | JennyDawid.pl

O tym, by znać co najmniej kilka języków, marzyłam odkąd pamiętam. Jednak to wcale nie oznacza, że od zawsze pałałam też miłością do ich nauki. Zwłaszcza że pierwsza styczność z językiem obcym to był wybór moich rodziców. Od obojętności, przez nienawiść do miłości – tak zmieniały się moje uczucia do języków obcych. Jeśli jesteście ciekawi, jak doszłam do etapu, że znajomość kilku, a nawet kilkunastu języków stała się celem, a nie tylko marzeniem, to zapraszam do lektury.

 

Język angielski

Na pierwszą lekcję języka angielskiego trafiłam w pierwszej klasie podstawówki. Wtedy nawet mi się to podobało, bo było to coś innego. Tylko baliśmy się pana, który nas uczył. Do dziś pamiętam, że miał na imię Adam.
Potem jakoś tak się stało, że co roku trafiałam na lekcje do kogoś innego i co roku grupa zaczynała od „My name is…”, „This is a house”, „This is my mom”. I tak zaczynała się rodzić moja awersja do nauki języków obcych. No bo ile można robić to samo?
W czwartej klasie podstawówki zaczęły nam się zajęcia z angielskiego w szkole. Równolegle wciąż chodziłam na prywatne lekcje, ale tym razem już nie w grupie, ale indywidualne. Tym sposobem w szkole wciąż się nudziłam, ale poza szkołą wreszcie coś ruszyło.
I tak jakoś przeleciała podstawówka.

Do liceum poszłam do klasy z rozszerzonym angielskim. Podobno byliśmy rocznikiem, który egzamin wstępny napisał najsłabiej w historii ogólniaka i musieliśmy zaczynać poziom niżej niż było to zaplanowane. Dla mnie skończyło się to tym, że zagapiłam się, kiedy skończyły się powtórki tego, co dobrze znałam, a zaczęło coś ciekawego. I tak zmarnowałam 4 lata. No, prawie zmarnowałam, bo matura zmotywowała mnie do zdawania egzaminu Cambridge. Zwolnienie z matury z języka obcego do dziś sobie chwalę.

Później były studia. Chciałam wybrać inny język, bo angielskiego miałam serdecznie dosyć. Niestety, nie dano nam wyboru. Do tego przydzielono mnie do grupy prawie najsłabszej na podstawie oceny z języka na świadectwie maturalnym (za nic mając ocenę na certyfikacie). Bałam się, że znów czekają mnie dwa lata męczarni, ale okazało się, że tym razem byłam w błędzie. Trafiłam na świetną lektorkę, która potrafiła zarazić miłością do języka. Dla niej chciało się nawet wkuwać słówka takie jak „szubienica” czy „gilotyna”. Dzięki temu zresztą na ustnej części egzaminu końcowego opowiadałam o Henryku VIII i jego sześciu żonach.

Po egzaminie końcowym na lektoracie wreszcie przyszła wymarzona przerwa. Czekałam na ten moment kilkanaście lat. Z ulgą mogłam rzucić wszelkie podręczniki w kąt i nie używać angielskiego.
Miałam szczęście, że ta beztroska przerwa nie była na tyle długa, by wszystko zapomnieć.

Po kilku latach trafiłam na kurs Business English. Stało się to tylko dlatego, że był dofinansowany przez Unię Europejską i za cenę ok. 400zł miałam pół roku zajęć zakończonych zdawaniem egzaminu TOEIC. Tak naprawdę to chodziło tylko o ten egzamin. Na zajęcia przestałam chodzić po miesiącu z kawałkiem, bo (mimo że była to grupa najbardziej zaawansowana) uczyliśmy się np. liczebników. Serio, liczebników. I niektórzy wciąż mieli z tym problemy. Szkoda mi było na coś takiego czasu.

Aż wreszcie przyszedł dzień, kiedy zrozumiałam, dlaczego ja się właściwie tego języka uczyłam (i że miało to sens). Zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną po angielsku. Niby nic, nie raz zdarzało mi się na rozmowach zamienić parę słów w lengłydżu z rekruterem. Jednak tym razem to miało być co innego. Tym razem miałam rozmawiać z CEO i CTO pewnej firmy, a angielski był jedynym językiem, który znaliśmy wszyscy troje.

Tak się złożyło, że dostałam tę pracę i od ponad trzech lat używam angielskiego na co dzień w pracy. Początki były trudne. Nie było łatwo pozbyć się przekonania, że jeśli nie umie się czegoś powiedzieć w 100% poprawnie gramatycznie, to lepiej nie mówić nic. Jednak nie miałam wyjścia. Ci, do których miałam pytania i którzy mnie szkolili, nie mówili po polsku. Z klientami także musiałam się porozumiewać po angielsku. Dziś wiem, że przez te trzy lata pracy nauczyłam się języka o wiele lepiej i szybciej niż przez kilkanaście wcześniejszych lat. I zrobiłam to właśnie dlatego, że zaczęłam tego języka używać pomimo świadomości, że popełniam błędy gramatyczne. Dużo także pomogło to, że musiałam nauczyć się techniczne sprawy opisywać w sposób zrozumiały dla osoby nietechnicznej.

Aczkolwiek znalazł się jeden plus (prawie bezmyślnego) wkuwania słówek za młodu. Usłyszałam kiedyś podczas rozmowy z obcokrajowcem, że jest w szoku, iż nie mieszkałam nigdy w anglojęzycznym kraju, gdyż mój zasób słów jest wyjątkowo bogaty. Było to bardzo miłe.

Teraz już jestem świadoma tego, że język nieużywany zanika. Od dłuższego czasu nie mam już problemów z porozumiewaniem się z obcokrajowcami. Przede wszystkim dlatego, że nie boję się już popełniać czasem błędów. Do tego czytam regularnie po angielsku, oglądam filmy czy seriale w oryginale.
Jednak to wciąż wydawało mi być się za mało. Tutaj nie ma litości. Jeśli się nie używa bardziej skomplikowanych reguł gramatycznych przez lata, to ulatują one z pamięci. Dlatego teraz powoli sobie odświeżam gramatykę. Robię to „bawiąc się” w tłumaczenia. Na razie wspieram się jeszcze podręcznika z cyklu „Angielski w tłumaczeniach”, ale gdy skończy się materiał, zamierzam przetłumaczyć jakąś książkę. Marzy mi się to już od dawna.

I pomyśleć, że gdyby nie determinacja moich rodziców i wysyłanie mnie na kolejne lekcje, mogłabym dziś nie być tu, gdzie jestem.

 

Język niemiecki

Gdy pod koniec podstawówki wybierałam liceum, do którego chcę iść, zainteresowałam się ogólniakiem z klasą, w której można było jako drugi język wybrać język szwedzki. I tę właśnie szkołę wybrałam. Była tam także klasa z wykładowym francuskim, ale przeważyło to, że klasa ze szewdzkim to był mat-fiz. Po rozpoczęciu nauki okazało się, że nikt nie dał nam wyboru i każdemu z góry narzucono język niemiecki.

Kto mnie zna, ten wie, że nie ma nic gorszego niż zmuszać mnie do nauki czegokolwiek. W ogóle zmuszanie do czegokolwiek jest słabe i nie na miejscu. No i tak wyszło, że mój mózg postanowił się na niemiecki kompletnie zamknąć. Kiedyś zostałam wezwana do odpowiedzi. Rozmawiałam z nauczycielką całkowicie po niemiecku, odpowiadałam na jej pytania. Musiało mi to iść nieźle, bo dostałam 4. Do dziś nie mam pojęcia, o co mnie babka pytała i co jej odpowiedziałam. I do dzisiaj intryguje mnie, jak można się tak bardzo nie chcieć czegoś nauczyć, że jak się to umie, to i tak omija to świadome rejony mózgu.
Co dziwniejsze, kilka lat później z głupia frant zaczęłam rozwiązywać zadania gramatyczne z podręcznika mojego ówczesnego chłopaka. Okazało się, że zrobiłam je dobrze, chociaż także zupełnie nie miałam pojęcia, co dane zdania znaczą i jakim cudem umiem odmieniać różne słowa.

Niemieckiego jeszcze całkiem nie odpuściłam, ale jak na razie nie znalazłam wystarczającej wewnętrznej motywacji do jego nauki na poważnie.

 

Język włoski

Zaczęło się od wyjazdu do Włoch, gdzie mieszkałam u włoskiej rodziny. Rodzina owa była mega sympatyczna i chętna do rozmowy. Pech jednak chciał, że angielski znała tylko dziewczyna starszego syna małżeństwa, które gościło mnie i koleżankę. Za to my po włosku umiałyśmy powiedzieć jedynie „grazie”. Najtrudniejszym momentem był dzień, gdy nasi gospodarze postanowili nawiązać z nami rozmowę o Wałęsie i Solidarności. Dodam, że miałyśmy po 16 lat i historia nie była naszą pasją.

Jednak trzy tygodnie w otoczeniu tego śpiewnego języka skończyły się tym, że znalazło się kilka osób chcących go rozumieć. Wśród nich byłam ja. Trafiła nam się cudowna lektorka. Robiła, co mogła, by mnie rozkręcić podczas zajęć, ale niestety nieśmiałość w połączeniu z perfekcjonizmem spowodowały, że po pół roku zrezygnowałam. Jedyne, co z tych lekcji pozostało, to kilka słówek i marzenie o studiowaniu Italianistyki.

Gdy w klasie maturalnej szukałam kierunku, który mogłabym studiować w moim mieście, najbliżej włoskiego była romanistyka. Sami przyznacie, że to nie do końca to samo.

Kiedy już skończyłam licencjat z Informatyki i przez pół roku nacieszyłam się wolnością, nie wytrzymałam i zapisałam się na Italianistykę w Łodzi. Co dwa tygodnie jechałam przez pół Polski, by spełnić swoje marzenie. To był cudowny czas, kiedy wręcz zaczęłam żyć językiem. Zdarzało mi się już myśleć po włosku. Były to co prawda proste myśli, ale jednak!
Plus lektorat z francuskiego, o którym także marzyłam od dawna.

Niestety, życie nie pozwoliło mi ukończyć pierwszego roku filologii. Po wakacjach pojawiła się Italianistyka w moim mieście, ale tu moja przygoda musiała się skończyć jeszcze szybciej niż się zaczęła.

Żal z powodu marzenia, które zaczęło się już spełniać, ale jednak nie wypaliło, sprawił, że odłożyłam całkiem naukę włoskiego. I tak, rok po roku, słówka i wyrażenia zacierały się w mojej pamięci, a ja czułam coraz większe wyrzuty sumienia.

Na szczęście ten marazm już za mną. Z radością, która zaskoczyła mnie samą, wróciłam do nauki. Powoli odświeżam wiedzę, która okazuje się wciąż gdzieś tam telepać po łepetynie. Nie spieszę się jednak i nie narzucam sobie tak szaleńczego tempa, jakie mieliśmy na studiach.

I jeśli chodzi o włoski, to już nie popełniam tego błędu, który zrobiłam z angielskim. Nie czekam, aż będę znała język perfekcyjnie, i już teraz sięgam po włoskie książki. O dziwo, nawet coś rozumiem. I jestem przekonana, że takie podejście jeśli nie przyspieszy, to na pewno ułatwi naukę.

 

Język rosyjski

W tym wypadku zaczęło się od koleżanki, która w liceum jako drugi język wybrała rosyjski. Chodziła potem z gazetami w języku rosyjskim, żeby jak najszybciej nauczyć się cyrylicy. I tak jakoś poruszyło to moją ambicję, że postanowiłam, iż kiedyś i ja nauczę się rosyjskiego alfabetu.
Kilka lat później moja siostra zdecydowała się studiować rosjoznawstwo i w krótkim czasie pozostałam jedyną osobą w najbliższej rodzinie, która ani be, ani me w języku naszych wschodnich sąsiadów.

W 2014 miałam okazję odwiedzić Bułgarię. I tam okazało się, że bułgarski alfabet byłam w stanie mniej więcej opanować w ciągu 6 dni tylko datego, że miałam do tego silną motywację. To mi przypomniało o moich planach nauki rosyjskiego. Musiało co prawda minąć jeszcze parę lat, zanim się do tego wzięłam, ale od jakiegoś czasu powoli poznaję te śmieszne znaczki. W tym wypadku jestem pewna, że zanim dojdę do czytania książek, to minie jeszcze trochę czasu, ale nie mogę się już tego doczekać.

 

Jakie zatem są moje plany językowe na najbliższy czas?

Jak już pisałam, nigdzie mi się nie spieszy. Nie planuję za pół roku znać biegle 10 języków. Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Wystarczy, że utrzyma się regularność i nie zapomina się, po co tak właściwie się to robi. A ja uczę się języków, by móc czytać literaturę w oryginale i poznawać jeszcze lepiej kulturę obcych krajów, które odwiedzam. Bo język jest nieodłączną częścią ducha danego regionu.

 

A tak bardziej przyziemnie, zamierzam:

  • powtórzyć angielską gramatykę, by przestać się zastanawiać, czy mówię poprawnie
  • odświeżyć włoski, by móc swobodnie czytać (prostsze) książki w tym języku (Harry Potter już czeka na półce ♥)
  • nauczyć się swobodnie czytać w języku rosyjskim, niekoniecznie jeszcze rozumiejąc, o czym czytam

 

 

Odważnie patrząc w przyszłość, czyli jakie języki chciałabym jeszcze poznać

Na pewno za jakiś czas rozpocznę naukę portugalskiego. Zabieram się za to od lat, materiałów mam pełno, a miłość do Portugalii i Brazylii się nie wypala. Jednak chcę najpierw przejść do fazy utrwalania języka włoskiego, bo liczę na to, że będzie mi wtedy nieco łatwiej.

Kiedyś marzyłam także o nauce japońskiego. Na Italianistyce planowałam zrobić Japonistykę jako drugi fakultet, ale okazało się, że nie ma takiej opcji. Na pewno będę chciała spróbować jakiegoś języka azjatyckiego, więc czemu nie japońskiego?

Chciałabym także nauczyć się jakiegoś języka skandynawskiego. Najbardziej chyba podoba mi się duński, ale podobno to szwedzki jest bramą do innych języków skandynawskich. Cóż… może faktycznie spełnię moje licealne marzenie?

Kolejnym językiem, który skradł moje serce jest węgierski. Czuję jednak, że z nim może nie być tak łatwo. Na pewno jednak przyjdzie czas, gdy się z nim zmierzę.

 

Do tego myślałam o takich językach jak: hiszpański, chorwacki, esperanto, czeski, hebrajski i perski. No i ten nieszczęsny niemiecki do spółki z francuskim. Jednak jeśli chodzi o te języki, to (poza hiszpańskim) jeszcze nie znalazłam odpowiedzi na pytanie: „dlaczego tak naprawdę chcesz się ich nauczyć?”. A uważam, że bez odpowiedzi na to pytanie prawdopodobnie zabraknie mi w pewnym momencie motywacji, jeśli nie do nauki na początkowym etapie, to na pewno na pewno na etapie utrzymywania znajomości języka. A uczenie się czegokolwiek z założeniem, że za chwilę pozwoli się temu zapomnieć, jest stratą czasu. W końcu nie jestem już na studiach i nikt nie będzie mnie z tej nauki rozliczał.

 

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

To proste. Zamierzam wykorzystać bloga jako narzędzie wspierające mnie w nauce języków obcych. Poznane wyrażenia, kultura i ciekawostki na temat krajów, języków których się uczę, ciekawe lektury, z którymi zapoznam się w oryginale – tym wszystkim zamierzam się z Wami dzielić. Kto wie? Może dacie się zarazić miłością do któregoś z języków i będziemy go poznawać wspólnie?

,
Podobne wpisy

Dodaj pierwszy komentarz.

Powiadom o
avatar
wpDiscuz