Eurowizja 2014 > Polska | fot. Thomas Hanses (EBU)

Dla tych, którzy przegapili najważniejsze (prawie) muzyczne wydarzenie roku, postanowiłam przygotować krótkie (też prawie) streszczenie, żeby wiedzieli, co stracili. Jeśli po przeczytaniu znajdzie się jeszcze ktoś nienasycony, to dziś podobno będzie powtórka. A w sobotę finał. Zapewne równie emocjonujący co półfinały.

Przenosimy się zatem do B&W Hallerne w Kopenhadze. Początek oczywiście przegapiłam, ale kto by się tym martwił. Włączyłam akurat w momencie, gdy zapowiadano pierwszy konkursowy występ.

 

Malta > Firelight  „Coming Home”

„Ryszard jest wokalistą i potrafi grać na cymbałach” (miło z jego strony). Na wejściu kilka nieczystych dźwięków. Słychać jak lasce drży głos. Wspomniany pan stara się odsłonić jak najwięcej dziąseł w maltańskim uśmiechu. Animacje dookoła wyglądają super, ale zespół chwilami całkiem w nich znika. Ogólnie spoko, ale nie urywa.

 

Izrael > Mei Finegold „Same Heart”

Wow, jaki głos. Tylko nie bardzo pasuje do kobiety na scenie (a może do piosenki?). No i zdaje się, że tekst tłumaczony siłą na angielski, bo jakoś tak za dużo sylab w refrenie. Sukienkę też mogli jej lepiej do figury dobrać, bo dziwnie wygląda.

 

Norwegia > Carl Espen „Silent Storm”

„Służył 6 miesięcy w Kosowie, stolarz, norweski wrażliwy bramkarz metalowiec”. Aha. Dziwnie słuchać wytatuowanego brodatego faceta w słodko-pierdzącej balladce przy akompaniamencie skrzypaczek w szlafrokach. Plus za to, że Norweg nie fałszuje. Właściwie to całkiem sympatyczny występ.

 

Gruzja > The Shin & Mariko „Three Minutes to Earth”

A to co za przebierańcy? Chwilami gubią rytm, chociaż może to akurat było zamierzone. Wokalistka wygląda i śpiewa jak Shakira, zawinięta w belę materiału. W tle coś udaje, że lata. To chyba miał być spadochroniarz. Najwyraźniej w Gruzji wyglądają nieco inaczej niż u nas.

 

Polska > Donatan & Cleo „We Are Slavic”

Jest i Polska, czyli coś na co (podobno) od dawna czekaliśmy (nie wiem, skąd te dane – ja nie czekałam). Donatan duchem (chyba że też gdzieś zniknął w gąszczu animacji). Oprócz Cleo, na scenie 3 chórzystki i 2 modelki. Chórzystki bez rewelacji, zagłuszają Cleo takim sobie śpiewem, więc wypada to słabiej niż na wcześniejszych nagraniach. Modelki, oczywiście, z cyckami na wierzchu wyrabiają masło albo piorą. W sumie nie wiem. Publiczność wyje. Właściwie to tylko faceci. A dokładniej grupka Hiszpanów (po Euro 2012 nie mam już wątpliwości, że ta garstka mogła wywrzeć na nas wrażenie, jakby wiwatowały tłumy).

 

Austria > Conchita Wurst „Rise Like a Phoenix”

Baba z brodą w wersji z XXI wieku. To nie fair, żeby facet miał tak idealnie kobiecą figurę. I oczy. I usta. I jeszcze żeby tak fajnie śpiewał. Zwłaszcza gdy się nazywa Kiełbasa. Życiowa niesprawiedliwość przyjmuje coraz okrutniejsze formy. Sama piosenka bez rewelacji, ale występ wrażenie zrobił. Podobno to jest zwycięzca (zwyciężczyni?) tegorocznej Eurowizji. W sobotę się okaże, ale nie zdziwiłoby mnie to.

Eurowizja 2014 > Austria | fot. Thomas Hanses (EBU)

 

Litwa > Villija Mataćiunaite „Attention”

Tańcząca para, dziewczyna dodatkowo śpiewa, trzymając mikrofon w ręku. Wygląda to jakby organizatorzy dali ciała, nie zapewniąjąc jej mikrofonu na ucho. Przez ten szczegół nie mogę się skupić na występie, ale Artur Orzech twierdzi, że całkiem spoko.

 

Finlandia > Softengine „Something Better”

Orzech kazał dziewczynom uważać, ale niespecjalnie wiem na co, bo na scenie banda fińskich niedojrzałych łośków. Podobno inspiruje ich Coldplay. Brzmi to jednak bardziej jak dość wiernie oddany cover niż jedynie inspiracja. Niemniej jednak wróżę im sporą popularność po Eurowizji.

 

Irlandia > Can-Linn feat. Kasey Smith „Heartbeat”

Czas na Conchitę bez brody. Nawet stylizację ma podobną, tylko głos o wiele słabszy. W tle faceci w sukienkach, skaczący chaotycznie, jakby źle się w tych kieckach czuli. Albo jakby żmije chciały im wpełznąć tam, gdzie nie wypada.

 

Białoruś > Teo „Cheesecake”

Piosenka o serniku. Jestem kupiona. Tekst nie do końca zrozumiały, ale z ruchów Teo wygląda to tak, jakby chciał ten sernik zaciągnąć do łóżka. I chyba właśnie dał mu swój numer. Czy coś. Zresztą nieistotne – piosenka wpada w ucho i pozostawia banana na twarzy. Jak na razie, to jest mój faworyt.

Eurowizja 2014 > Białoruś | fot. Thomas Hanses (EBU)

 

Macedonia > Tijana „To The Sky”

Prawdę mówiąc, niewielę mogę o tej pani powiedzieć, oprócz tego, że miała fajnie umalowane oczy. I tego, że cycek chciał jej wypaść, ale ratowała go poprzez unoszenie ręki i łupanie nią w powietrzu (czy co ona tam robiła).

 

Szwajcaria > Sebalter „Hunter of Stars”

Ciastek z gitarą, bródką, kurwikami w oczach i manierą przy śpiewaniu, która sprawia, że ciuchy same spadają z kobiet. Pewnie gej. Ach, i miał jeszcze skrzypki. Na uwagę zasługują również pozostali muzycy. Każdy coś miłego dla oka mógł znaleźć. Tzn. każda kobieta. I geje.

Eurowizja 2014 > Szwajcaria | fot. Thomas Hanses (EBU)

 

Grecja > Freaky Fortune feat. RiskyKidd „Rise Up”

Grecki rap. A nie. Fałszujący boysband. Chyba o ryżu, chociaż nie wiem, dlaczego mieliby śpiewać o ryżu. Macho wow, taki sexi wow, uszanowanko. Plus w gratisie za długa koszula po starszym bracie. Nie wiem, co tam się właściwie dzieje, ale mogłoby się już skończyć.

 

Słowenia > Tinkara Kovać „Round and Round”

Według Artura Orzecha jest to kobieta znana z tego, iż „twierdzi że”. W sumie trochę tak wygląda. Ubrana w dziwną, kanciastą sukienkę w genialnym chabrowym kolorze. Do tego różdżka z fletu (wiem, jak to brzmi), która w połączeniu z animacjami na podłodze dała całkiem fajny efekt. Jednak piosenka na dłuższą metę bardzo nudna.

 

Rumunia > Paula Seling & Ovi „Miracle”

Pucaty i jednocześnie chudy gostek z niezłym głosem plus laska z męczącym akcentem, która najpierw występuje w formie hologramu. Dziewczyna nie omieszkała założyć wysokich obcasów (co pewnie niektórych blogerów bardzo ucieszyło), ale spowodowało to, że była zauważalnie wyższa od partnera. Nie pomogło nawet stawianie przez wokalistę włosów na żel (chociaż bardzo się starał, ale najwyraźniej za późno zaczął je zapuszczać). Fajnie wygląda keyboard na kole, ale nie wyobrażam sobie, jak Ovi gra na górnych klawiszach, bo nie sprawia wrażenia człowieka z sięgającymi ich rękami. Chyba że to atrapa, wtedy bez różnicy. I kiedy już się ucieszyłam, że skończyli, to laska postanowiła dodać kiepskie wycie. Do tego dziwne przytulaski. No cóż.

 

„Cudem i szczęściem jest, że regulamin Eurowizji nie pozwala na utwory dłuższe niż 3 minuty, bo to mogłoby trwać o wiele dłużej”.
Artur Orzech

Prowadzący miał chyba na myśli rumuńską reprezentację, ale właściwie jest to dobre podsumowanie całej części konkursowej. Niestety, to jeszcze nie koniec.

Otóż… Australia też chce wystąpić. Stworzyli nawet mało zabawny filmik, jak to helikopterami przenoszą swoją wyspę bliżej Europy. A potem powrót na scenę w Kopenhadze i zaczyna się pokaz, który sugeruje, że odległość to nie jedyny argument przeciw wpisaniu Australii na listę krajów startujących na Eurowizji.

Po cyrku z południowej półkuli przychodzi czas na gwiazdę. To chyba jakaś lokalna piosenkarka, pierwszy raz ją widzę na oczy. Głos jej drży, dziwnie się rusza, gór chwilami nie wyciąga, czasem podejrzanie skrzeczy, a do tego sukienkę ma jakąś taką… nazwijmy ją nietypową. Aczkolwiek nogę ma ładną. Jedną, bo drugiej nie widać i ciężko mi ocenić.

Na koniec występów rozrywkowych, które mają umilić (podobno) czas podczas głosowania, 26 najbardziej charyzmatycznych tancerzy. Zaczyna się niewinnie od kilkuletniej, gibającej się dziewczynki. Potem bywa różnie. Czasem jacyś połamańcy, innym razem naprawdę zdolni tancerze. Największe talenty z Niemiec – Dominik bez stawów w rękach i Daniel z własnym stylem tańca na „nieobciągnięte stopy”. No niby fajnie, ale właściwie o co chodzi? Sprawa zaczyna się klarować, gdy na scenie pojawia się 40-letni Fredrik w żółtej kamizelce ochrony, a po nim 86-letnia Kitty. Mieliśmy właśnie okazję zobaczyć (bądź przegapić) tańczących fanów Eurowizji (pewnie z łapanki przy wejściu na wydarzenie). W sumie wyszło to całkiem ciekawie.

 

Ale zaraz zaraz! Zapomnieli o rozmowach w kuluarach? Nie nie nie, nie ma tak łatwo. Nie upiecze się nam i tym razem. Prowadząca, która przeżywała wszystko z głębi swojego wrażliwego serduszka, jakby jej życie od tego zależało (i pokój na świecie), uznała, że wie wszystko o wykonawcach. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że na przystojniaczka z Grecji czekają w domy tylko koty, Macedonka kocha się w figurce z Kuby (która specjalnie dla niej przyleciała pierwszą klasą), a Finowie wagarują (dlatego dostali w prezencie podręczniki, żeby mogli się pouczyć w czasie czekania na wyniki głosowania, naprawdę). Ach, zapomniałabym – wiemy też, że Cleo nie mogłaby mieć chłopaka palacza (tu chyba nawet Cleo nie ogarnęła sensu pytania, bo wyglądała, jakby czekała na dalszy jego ciąg).
I perełka na torcie. Conchita Wurst. Prowadząca rzuciła się na nią, wyznała jej miłość, kazała się wąchać, a potem obdarowała ją kabanosem. A na koniec zaprezentowała gotową okładkę ich nieistniejącej wspólnej płyty pod tytułem „The Winer takes it all”. Jakież to urocze! Tylko że nie.

 

Czas wreszcie na wyniki? A gdzie tam. Nie są gotowe na czas, żebyśmy mogli po raz trzeci zobaczyć skrót występów.

I wreszcie jest to, na co czekaliśmy. Ogłoszonych zostaje 10 krajów wchodzących do finału. Ku zdziwieniu niektórych wymieniono także Polskę. Przełamaliśmy złą passę czy coś. Ufff. Można w końcu wyłączyć transmisję.

Eurowizja 2014 > Zwycięzcy drugiego półfinału | fot. Andres Putting (EBU)

Teraz już możecie odpuścić sobie oglądanie powtórek na kanale TVP, o którym większość pewnie jeszcze nie słyszała. Nie ma za co.

 

A jeśli ktoś szuka jednak argumentów za jej obejrzeniem, to znalazłam ich aż pięć:

1. Filmy przedstawiające wykonawców, tworzących flagi swoich krajów z przedmiotów codziennie ich otaczających, np. z wielkich z bloków lodu, parasoli czy krążków hokejowych. Bardzo fajnie im to wyszło. Polski film przegapiłam, ale ponoć był najsłabszy.

2. Księga Rekordów Eurowizji – coś, co spowodowało u mnie prawie histeryczny śmiech. Filmiki te możecie także zobaczyć na oficjalnym kanale Eurowizji na YouTube’ie. Dla ułatwienia stworzyłam playlistę, bo naprawdę warto to zobaczyć (Eurovision Book of Records 2014).

3. Piosenka o serniku. Ale to też możecie zobaczyć na YT (Teo „Cheesecake” (Official Video)).

4. Sebalter. I nieważne, jakiej jest orientacji. Może być nawet aseksualny.

5. Artur Orzech, który od 20 lat nie zawodzi, a wręcz staje się coraz lepszy. Właściwie mógłby już nic nie mówić, po tylu latach czytam mu w myślach.

 

I gdyby nie francuska piosenka o wąsach w finale w sobotę, to pewnie na ten rok starczyłoby mi już emocji związanych z Eurowizją.

 

Zdjęcie grupowe Andres Putting (EBU). Pozostałe zdjęcia Thomas Hanses (EBU).

Podobne wpisy

avatar
  Subscribe  
Powiadom o