Boliwia | JennyDawid.pl

Martyna Wojciechowska „Boliwia”

"Boliwia" Martyna Wojciechowska (G+J) Nie mogąc zasnąć, sięgnęłam w łóżku po lekką lekturę. Przeczytaną książkę odłożyłam już dobre 15 minut temu, ale wciąż serducho mi wali i łzy cisną się do oczu. Oberwałam tą „lekkością” jak obuchem w głowę.

Na początku mamy bardzo skróconą historię Boliwii, nieco informacji czysto turystycznych, kilka miejsc, które warto zobaczyć. A potem poznajemy Carmen Rojas.

Carmen należy do przestawicieli Indian Ajmara, które to plemię swego czasu stworzyło wysoko rozwiniętą cywilizację wokół jeziora Titicaca. Dziś jednak jest częścią miejscowej biedoty. Także ona ledwie wiąże koniec z końcem, wychowując samotnie dwóch synów. Jej przeszłość nie była kolorowa, teraźniejszość także wygląda nieciekawie. Tym, co ją odróżnia od innych okolicznych kobiet, jest fakt, że Carmen jest zapaśniczką, jedną z nielicznych walczących cholitas (czyli kobiet z rdzennej ludności zachowujących lokalne tradycje). Co najciekawsze, marzyła ona o uczestnictwie w walkach jeszcze przed narodzinami dzieci i twierdzi, że jej „piękny sen stał się rzeczywistością”.
Wraz z Martyną mamy okazję towarzyszyć Carmen podczas codziennych prac, w sporadycznych chwilach odpoczynku czy podczas treningu. Trafiamy również do budynku określanego przez mieszkanców El Alto jako Multifunctional, gdzie co niedzielę odbywają się publiczne walki na ringu.

Możliwe, że część z Was oglądała odcinki „Kobiety na krańcu świata” kręcone w Boliwii i domyśla się, o czym napisała Martyna Wojciechowska. Ja jednak nie miałam z nimi do czynienia, a krótkie podróżnicze książeczki jak do tej pory kojarzyły mi się z radosnymi historyjkami Beaty Pawlikowskiej, o tym jak to ptaszki śpiewają, miejscowi rozdają uśmiechy, słoneczko świeci i jest ogólnie cudownie i mniamuśnie. Dlatego tak bardzo zaszokowało mnie zakończenie „Boliwii”. Martyna nie powstrzymuje się od dokładnego opisywania niedzielnej rozrywki mieszkańców El Alto. Już samo czytanie, że na brutalne i krwawe walki przychodzą całe rodziny (nawet z niemowlętami!) było dla mnie szokujące. Jednak to dalszy przebieg historii sprawił, że mogę zapomnieć o zaśnięciu jeszcze przez jakiś czas. Zwłaszcza że dołączono także zdjęcia, przed obejrzeniem których oczywiście się nie powstrzymałam.

Abstrahując od zakończenia (ze względu na które odradzam jednak lekturę wrażliwszym duszom) podoba mi się, że opowiadając o jednej konkretnej kobiecie, Wojciechowska pokazuje nam jednocześnie historię kraju, jego tradycje, rozrywki, a nawet zahacza o politykę. To nietypowe podejście bardzo przypadło mi do gustu i na pewno sięgnę po inne jej książki. Tym razem jednak będę przygotowana, że zawarte w nich opowieści nie muszą być miłe i przyjemne. Na pewno jednak będą ciekawe.